Leszek Balcerowicz - "Plan Balcerowicza"

Dzieciństwo

Studia

Praca

Solidarność 1980-81

Po stanie wojennym

Okrągły Stół

"Plan Balcerowicza"

Pierwszy rok: 1990

Rząd Bieleckiego





 
A zatem stało się. 4 czerwca 1989 roku społeczeństwo polskie wyraziło pełne votum nieufności dotychczasowym właścicielom Polski. Olbrzymi sukces "Solidarności" spowodował, iż ruch ten nie mógł już się cofnąć: musiał przejąć władzę i odpowiedzialność.

W nowo powstającym rządzie Tadeusza Mazowieckiego stanowisko ministra finansów było zarezerwowane dla ekipy solidarnościowej. Zdawano sobie sprawę, że będzie ono miało znacznie większą niż dotychczas wagę. Expose premiera z 24 sierpnia zawierało bowiem wyraźną deklarację polityki zrywającej z komunistycznym systemem gospodarczym i zwalczającej inflację.
Potrzebna była polityka liberalna. Należało zatem znaleźć silnego liberała, odpornego na przeciwności losu a jednocześnie umiejącego współpracować z całym rządem. Pierwszego warunku nie spełniał proponowany na to stanowisko Ryszard Bugaj. Z drugim mogłyby być problemy gdy chodziło o Cezarego Józefiaka. Witold Trzeciakowski nie przyjął propozycji.

Pomysł rozmowy z Leszkiem Balcerowiczem wyszedł od Waldemara Kuczyńskiego; jego kandydaturę zasugerowali prof. Józefiak i Stefan Kawalec. Zarekomendował zatem jego osobę premierowi, ten zaś zalecił "wybadanie" kandydata. Kuczyński nie wiedział jak wyglądała sprawa z przynależnością partyjną Balcerowicza: ucieszył się dowiedziawszy o wystąpieniu po 13 grudnia.

31 sierpnia o pół do ósmej Kuczyński zadzwonił do domu Balcerowicza, godzinę później spotkali się. Wyjaśnił mu bez ogródek o co chodzi. W pierwszej chwili Balcerowicz nie był przekonany. Nie były znane jego problemy ze snem, wolał stanowisko doradcy. O 14.00 rozpoczęła się rozmowa w gabinecie premiera. Tadeusz Mazowiecki powiedział wtedy: "Potrzebny jest mi mój Ludwig Erhard. Będziemy walczyć z inflacją i przestawiać gospodarkę na normalne, wolnorynkowe tory. Czy Pan byłby gotów towarzyszyć mi w tej pracy?". Balcerowicz nadal odmawiał, lecz wstrzymał wyjazd do Anglii. W nocy Mazowiecki zadzwonił do Kuczyńskiego przekazując mu polecenie: "Zrób wszystko, żeby się zgodził". Oto jak wspominał ten dzień sam zainteresowany:
"Następne 12 godzin były dla mnie wyjątkowo trudne. Ewa, moja żona, zdecydowanie sprzeciwiła się przyjmowania przeze mnie propozycji premiera. Przede wszystkim dlatego, że będąc ekonomistką wiedziała, co to znaczy brać na siebie takie zadanie, zwłaszcza w ówczesnych warunkach. Ponadto cieszyła się na wyjazd do Anglii. Rozmawiałem też ze swoimi przyjaciółmi. Ich zdania były podzielone. W końcu z dużymi wahaniami powiedziałem - zgoda...
Trudno mi dokładnie wyjaśnić dlaczego. Nie traktowałem tego jako przygody życiowej. (...) Być może zadecydowało to krótkie wrażenie z pierwszej wizyty u premiera: trudno skrywane rozczarowanie Mazowieckiego, że oto kolejny kandydat woli doradzać, niż brać na siebie odpowiedzialność. "

1 września rano w kawiarni "Na Rozdrożu" Balcerowicz powiedział Kuczyńskiemu, że wstępnie się zgadza: prosił jednak o dodatkowe spotkanie z premierem, by powiedzieć mu o swoich wadach: bezsenności i PZPR. Tego dnia o 17 w rozmowie z premierem wyraził zgodę.
Przystąpiono do konstruowania ekipy gospodarczej.

Połączenie funkcji wicepremiera i ministra finansów było koncepcją Tadeusza Mazowieckiego. Każdy z wicepremierów był jednocześnie ministrem, zaś stanowiska odbijały ówczesną konstelację polityczną.

Jednym z pierwszych współpracowników Balcerowicza został Alfred Bieć z Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGPiS. Objął on stanowisko sekretarza Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Z SGPiS pochodził również Jerzy Koźmiński (absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego, student Balcerowicza). Pełnił on funkcję prawej ręki wicepremiera: dyrektora generalnego a później podsekretarza stanu w Urzędzie Rady Ministrów. Stanowisko wiceministra finansów zajął Marek Dąbrowski. Do ekipy przyszedł również Stefan Kawalec. Szefem Centralnego Urzędu Planowania został Jerzy Osiatyński (wcześniej propozycję odrzucił Jerzy Eysymontt). Ministrem Przemysłu został Tadeusz Syryjczyk. Późniejszy Prezydent Warszawy, Marcin Święcicki, objął resort współpracy gospodarczej z zagranicą. Wreszcie wiceministrem odpowiedzialnym za budżet został Wojciech Misiąg, który przetrwał zawieruchę wielu rządów w wolnej Polsce.

12 września 1989 roku nastąpiło zaprzysiężenie nowej Rady Ministrów, nazajutrz jej członkowie obejmowali swoje urzędy.

Nowa ekipa rzuciła się w wir pracy. Przygotowywano wówczas trzy (!!!) budżety naraz: w ciągu pięciu dni należało przedłożyć projekt budżetu na październik, następnie przedłożyć projekt budżetu do końca 1989 roku. Równocześnie przygotowywano budżet na cały przyszły rok. Do tego ferworu dochodziły jeszcze negocjacje z Międzynarodowym Funduszem Walutowym związane z opracowywaniem programu stabilizacji i zmian systemowych.

Posiedzenia rządu odbywały się w niekorzystnym terminie: w każdy poniedziałek od 15.00. Ten nieszczęsny poniedziałek, który pozostał w spadku po poprzednim systemie (we wtorki odbywały się posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR) utrudniał pracę: zawsze było za mało czasu na zgromadzenie niekiedy niezbędnych materiałów.

Przywileje klasy rządzącej są zawsze łakomym kąskiem. Nie było ich jednak zbyt wiele. Posiedzenia Rady Ministrów trwały często do późnej nocy i kończyły się wspólną kolacją w stołówce URM. Zatem każdy członek Rady Ministrów który brał udział w posiedzeniach rządu, miał zagwarantowany darmowy obiad, a w przypadku przedłużenia po godz. 18.00 również kolację. Do maja 1991 roku można było wypoczywać w rządowych ośrodkach w Łańsku, Arłamowie i Jadwisinie. Wtedy ośrodki uległy komercjalizacji i obecnie przyjeżdża tam więcej turystów niż pracowników rządowych. Jeszcze przez jakiś czas utrzymały się mieszkania z puli URM-u: były one przeznaczone dla pracowników administracji urzędu. Następnie były dalsze redukcje: z chwilą odwołania ze stanowiska "R" w ministerstwie od następnego dnia przestawał przysługiwać samochód rządowy.

Balcerowicz nie korzystał z pełnej ochrony. Jeden opiekun przywoził go spod domu do pracy i z powrotem. Obstawa towarzyszyła wicepremierowi tylko podczas dnia pracy. Zdarzyła się sytuacja, kiedy wieczorem pod klatką schodową Balcerowicza stała grupka podchmielonych mężczyzn. Pracownik ochrony zastanawiał się co robić, zanim jednak coś wymyślił, z grupki podszedł człowiek i powiedział: "Panowie, nie trzeba żadnej ochrony, my tu sami naszego sąsiada chronimy..."

Balcerowicz nie był często zaczepiany. Ludzie rzadko reagowali wrogo spotykając go na ulicy podczas zwyczajowego niedzielnego spaceru. Od czasu do czasu ktoś się ukłonił lub uśmiechnął. Wiele osób udawało, że nic nie widzą i dopiero później się oglądało.

Przychodząc do rządu Balcerowicz nie miał pełnej wiedzy o sytuacji finansowej państwa. Na dokładkę czekała na niego cała masa nie mogących czekać spraw bieżących. Udało się jednak jakoś te sprawy pogodzić.

Ostatnią merytoryczną decyzją poprzedniego rządu (gabinet Mieczysława Rakowskiego) było uwolnienie od 1 sierpnia 1989 cen żywności. W sierpniu ceny wzrosły o 40 % co oznaczało wejście w fazę hiperinflacji. Dodatkowym poważnym problemem była nieszczęsna - wywalczona przy Okrągłym Stole - automatyczna indeksacja płac, która przeradzała się w podwójne podwyżki. Najpierw załogi w przedsiębiorstwach wymusiły znaczne podwyżki a potem dostawały automatyczną rekompensatę inflacyjną, często wypłacaną z wyprzedzeniem. W sierpniu 1989 r. ceny wzrosły o ok. 40 %, zaś płace o prawie 90 %. Dodatkowo na mocy ustawy ze stycznia 1989 roku rząd musiał wyrównywać pracownikom sfery budżetowej pensje do poziomu 97 % średniego wynagrodzenia w sferze produkcyjnej. Spowodowało to ostry kryzys finansów publicznych. Tymczasowo zaradzono tym problemom przez zmianę indeksacji na tzw. wyrównawczą (czyli podwyżki płac obliczano ze stanu na początku, nie końcu kwartału).

Ratując skarb państwa rząd otrzymał od Sejmu zgodę na podwyższenie deficytu budżetowego do prawie 5 bln złotych. Ponadto zwiększono dochody opodatkowując kantory dewizowe, uruchamiając powtórnie automatyczne ściąganie podatków z kont przedsiębiorstw spirytusowych, podniesiono opłaty celne, podwyższono zaliczki na poczet podatku dochodowego, wyemitowano obligacje zamienne na akcje... Podwyższono również ceny urzędowe: paliw, węgla i alkoholu. Dawało to impuls inflacyjny, ale było niezbędne.

Przede wszystkim zaś zaczęto przygotowywać prace nad programem naprawczym. Zaapelowano o pomoc doraźną od Zachodu: sprawę zadłużenia, fundusz stabilizacyjny i kredyty z Banku Światowego. Rozwinięta wersja założeń programu została opublikowana w październiku w specjalnym dodatku do "Rzeczpospolitej".

Zasady były zbieżne z wcześniejszymi projektami Balcerowicza: prywatyzacja, rozbijanie monopoli, liberalny system handlu zagranicznego, wymienialność pieniądza, uporządkowany system finansowy, ograniczenie interwencjonizmu państwa w gospodarce. W strategii gospodarczej najważniejszy był jednak problem szalejącej inflacji.

Wszystkie diagnozy wskazywały wyraźnie, że stopniowe zmiany nie pomogą w gaszeniu tego pożaru. Stopniowe ograniczanie tempa wzrostu cen może być skuteczne przy inflacji rzędu kilkudziesięciu procent rocznie, zaś w Polsce wskaźnik ten był 10-krotnie wyższy. Potrzebna była radykalna strategia antyinflacyjna - popularnie zwana terapią szokową. Takiej terapii nie wymagała sytuacja węgierska, gdzie inflacja występowała w niewielkim stopniu. W Polsce obserwowano ucieczkę od złotego w towary lub waluty obce. We wrześniu 1989 r. kurs kantorowy dolara sięgał w Polsce 13.000 zł - był kilkakrotnie wyższy od kursu oficjalnego a nawet od kursu tej waluty na początku 1992 roku!

Co to jest terapia radykalna? W skrócie polega ona na likwidacji tempa przyrostu pieniądza wpływającego na rynek (czyli do gospodarki). Ustalenie stałego kursu waluty na realnym poziomie również może przytrzymać inflację w ryzach. Dochodzi do tego rzecz najważniejsza, wynikająca z pierwszej zasady: wstrzymanie wzrostu płac - albo przez limity wzrostów albo wręcz zamrożenie.

Nie można było zbyt długo czekać na wprowadzenie kursu antyinflacyjnego. Po pierwsze utrudniłoby to jej zbicie w późniejszym okresie, po drugie byłoby bardzo źle przyjęte przez instytucje finansowe (a od ich wsparcia zależało powodzenie przemian strukturalnych w gospodarce) po trzecie wreszcie nie jest znany kraj, w którym przeciąganie decyzji dałoby inny skutek niż jeszcze większe koszty społeczne.

Nie było to jednak takie proste. Taka terapia nie musiała się powieść. W Polsce oprócz inflacji mieliśmy do czynienia z jeszcze kilkoma negatywnymi czynnikami: niską przewidywalnością reakcji na rynku (brak firm prywatnych), niedobory towarów, zdeformowane ceny i olbrzymia ilość wolnych pieniędzy na rynku, z którymi nie było co zrobić. W krajach takich jak Argentyna, Chile czy Izrael tych dodatkowych problemów nie było.

Ryzyko można było zmniejszyć tylko poprzez połączenie terapii ze zmianami w systemie gospodarczym. Nie dawało to dużo większej pewności, ale nie można było eksperymentować na żywym organizmie jakim jest gospodarka. Czas był największym wrogiem.

A zatem wiemy KIEDY trzeba, CO trzeba, DLACZEGO trzeba i JAK trzeba działać. Zachodzi pytanie na jakim poziomie przeprowadzić tę operację. Wzrost cen dotowanych nośników energii musiał być na tyle duży, żeby nie trzeba było przez co najmniej kilka miesięcy dokonywać kolejnych podwyżek. Poziom ustalona następująco: ceny węgla i gazu podwyższono czterokrotnie, elektryczności trzykrotnie, taryfy kolejowe pasażerskie o 250 % zaś towarowe dwukrotnie. Dzięki temu ceny w następnych miesiącach mogły rosnąć znacznie wolniej. Drugim składnikiem pakietu antyinflacyjnego było oprocentowanie lokat bankowych. Musi ono przekraczać inflację, aby zatrzymać ucieczkę od pieniądza i zachęcić do oszczędzania. Łączy się to jednak z podwyżkami cen kredytów. Bankructwo banków jest bowiem znacznie niebezpieczniejsze od upadłości przedsiębiorstw przemysłowych.
I wreszcie trzeci element.

A była nim skuteczność kontroli płac w przedsiębiorstwach. Eksperci MFW, w tym Jeffrey Sachs, zalecali najostrzejszą formę: zamrożenie płac. Oto co pisze sam Leszek Balcerowicz:
"Z doświadczeń krajów Ameryki Łacińskiej wiemy, że zamrożenie płac było tam z reguły przedmiotem uzgodnień ze związkami zawodowymi. Ja natomiast nie widziałem wówczas możliwości uzgodnienia i podpisania we względnie krótkim czasie paktu społecznego - przede wszystkim z powodu silnego antagonizmu między samymi związkami zawodowymi. Ponadto, nawet gdybyśmy ów pakt zawarli, pozostawało pytanie co będzie z tymi, którzy normy przekraczają? Gdyby wprowadzić sankcje finansowe wobec dyrektora i głównego księgowego, to załoga mogłaby zrzucić się, zrefundować dyrektorowi taką karę i płace zostaną podniesione. Doszliśmy więc do wniosku, że musi tu być poważna sankcja fiskalna, polegająca na ostrym opodatkowaniu wynagrodzeń przekraczających pewną normę. I w ten sposób dotarliśmy do 'podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń' znanego jako popiwek - który zresztą w swej ogólnej postaci nie był niczym nowym."

Pamiętajmy że po wojnie ani w Polsce ani w żadnym innym kraju RWPG nie było swobody płacowej. Na początku obowiązywał sztywny limit płac, potem norma stała się ruchoma. Efekt jest jednak prawie identyczny z popiwkiem: przekroczenie norm płacowych kończyło się karnym podatkiem.

Był jeszcze jeden odrzucony pomysł: uwolnienia płac i doprowadzenia do sytuacji serii bankructw i zwolnień ludzi. Do właściwej reakcji rynku znowu brakowało jednego czynnika: prywatnych przedsiębiorstw, których właściciele nie dopuszczają do upadku firmy. W przedsiębiorstwach państwowych takiej granicy (blokady psychologicznej) nie ma.

A zatem: popiwek. Ale ile? Nie można było postawić zbyt niskiego pułapu. Niepowodzenie misternej konstrukcji przebudowy systemu poniosłoby za sobą niewyobrażalne szkody. Trzeba było przede wszystkim opanować hiperinflację. I stąd wziął się wskaźnik 0,3 czy 0,2. Oznacza to że na każde 100 % inflacji płace mogą wzrosnąć o 30 (20) procent.

Jak jednak nie dopuścić do windowania cen przez producentów? Tworząc konkurencję. A ponieważ nie da się jej stworzyć ot tak, z niczego - trzeba sięgnąć po istniejącą już konkurencję. Był nim handel zagraniczny, otwarcie granic na wszystkie towary oraz wymienialność złotówki. Dzięki temu przedsiębiorstwa państwowe nie mogły wykorzystywać swoich wpływów monopolistycznych.

Po ile dolar? Tak można by w uproszczeniu scharakteryzować kolejny problem. Ministerstwo Współpracy Gospodarczej z Zagranicą naciskało na kurs 12.000 złotych. Jednak o ile w sierpniu 1989 kurs czarnorynkowy dolara był o 800 % wyższy od oficjalnego, to w grudniu zaledwie o 30 %. Nie była więc potrzebna skokowa dewaluacja. Nie można było przeprowadzić jakiejkolwiek wiarygodnej symulacji. Ustalenie kursu na poziomie 9.500 zł za dolara zostało ustalone w "triumwiracie": Leszek Balcerowicz, Władysław Baka (szef NBP) i misja Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Zadecydowano, że określenie "stałości" kursu nie będzie uzupełniane gwarancjami. Można było w razie niepowodzenia zwiększyć kurs dolara w dowolnym czasie.

Aby zapewnić parasol ochronny nad złotówką, postanowiono skorzystać z doświadczeń innych krajów: zwrócono się o przydzielenie funduszu stabilizacyjnego w wysokości 1 miliarda dolarów. Wniosek taki złożono we wrześniu 1989 r. podczas sesji MFW w Waszyngtonie. Argumentem polskiej strony był m.in. radykalizm polskiej reformy.

Wszystkie elementy reformy musiały zadziałać naraz. Ustalono niemożliwy - jak się wydawało do dotrzymania termin: 1 stycznia 1990 r. Rozpoczęto tworzenie projektów ustaw i układanie planu "szturmu na parlament".

W tym czasie Leszek Balcerowicz złożył wizytę w Moskwie na posiedzeniu RWPG.
"Patrzono tam na mnie jak na raroga, bo byłem przecież reprezentantem kraju - odszczepieńca i jedynie do mnie nie zwracano się per 'towarzyszu'. Tematyka była rutynowa i nie przystawała do nowych warunków. Dyskutowaliśmy nad (...) mechanizmem 'wspólnego socjalistycznego rynku'. Polska delegacja stwierdziła oczywiście, że nie widzi sensu kontynuowania tych prac. (...) Pojawiła się też jakaś zaległa sprawa pomocy dla Nikaragui, do której się nie garnęliśmy. Ale wtedy również inne kraje nie wykazywały już wielkiego entuzjazmu do udzielania 'bratniej pomocy' gospodarczej."

W drugiej połowie listopada rząd powołał specjalny sztab operacyjny, koordynowany przez Jerzego Koźmińskiego. Ostatnią datą w harmonogramie był 31 grudnia - podpisanie uchwalonych ustaw przez prezydenta.
Procedura była następująca: zespoły zadaniowe przygotowywały materiały, które kierowano na posiedzenia Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Po zatwierdzeniu trafiały one na posiedzenia Rady Ministrów (po wielokrotnych najczęściej zmianach). Trzeba było zdążyć przed 17 grudnia, kiedy to miał być zwołany Sejm. Warunkiem dotrzymania terminu 1 stycznia była zgoda parlamentu na ekspresową ścieżkę legislacyjną. Wszystkie kluby zgodziły się na nią, tak samo jak na pomysł powołania Komisji Nadzwyczajnej.
"Pamiętam z tego okresu, że zwróciliśmy się do wojska z pytaniem, czy mogliby nam pomóc w drukowaniu projektów ustaw a także - ewentualnie - w ich rozwiezieniu posłom. Moce przerobowe Sejmu i URM mogły nie wystarczyć. Obawialiśmy się także, że posłowie rozsiani po całym kraju nie otrzymają tych projektów w przyzwoitym terminie, to jest choćby na kilka dni przed 17 grudnia. Ktoś wtedy zażartował, że najlepiej byłoby, gdyby wojskowi z projektami ustaw złożyli wizyty posłom w domach, rankiem 13 grudnia..."

17 grudnia 1989 roku w Sejmie nastąpiła - przy podniosłej atmosferze - odsłona programu gospodarczego. W swoim przemówieniu Leszek Balcerowicz mówił, że budujemy gospodarkę nie podręcznikową, lecz znaną z doświadczeń Zachodu. Przypomniał, że zadanie przekształcenia gospodarki (trudne samo w sobie) wypadło w skrajnie niesprzyjających warunkach: przy szalejącej inflacji, braku rezerw dewizowych, obciążeniu długiem zagranicznym. Zadania były ogromne i bez precedensu, ale należy je podjąć szybko i zdecydowanie. Sejm powołał Komisję Nadzwyczajną, która zaczęła morderczą pracę. Podzieliła się na kilkuosobowe podkomisje, które przy obecności członków rządu obradowały praktycznie non stop. Projekty trafiały pod obrady Komisji, która miała je rekomendować. Rząd działał również zakulisowo. Gdy pojawiały się pomysły zaburzające strukturę przemian, interweniowano o posłów zgłaszających poprawki lub u przewodniczącego Komisji (był nim Andrzej Zawiślak). Wtedy też po raz pierwszy pojawił się kontrprojekt dotyczący rolnictwa: ceny minimalne na produkty rolne, tanie kredyty, gwarancje proporcji cenowych itd. Pomysły te odbijają się czkawką do dziś... Komisja załączyła jednak tylko uchwałę, wzywającą rząd do pilnego zajęcia się problemami rolnictwa. Sporo poprawek posłów przyjmowano bez zbędnych dyskusji, jeżeli nie naruszały one trzonu ustaw.

Inna była też współpraca z Senatem. Izba wyższa nie czekała na uchwalenie ustaw przez Sejm lecz na bieżąco przejmowała projekty od Komisji Nadzwyczajnej. Po zatwierdzeniu przez Sejm wszystkich projektów (oprócz ustawy o przeciwdziałaniu monopolom - wywoływała ona wiele kontrowersji a najważniejszy był cały pakiet) 27 grudnia 1989 r. Senat po dwóch dniach je przyjął.

Pojawił się jednak jeszcze jeden problem: fundusz stabilizacyjny. Jeszcze 29 grudnia pojawiały się deklaracje przystąpienia kolejnych państw do polskiego funduszu. Bardzo dużą pomoc w mobilizowaniu kredytodawców lub darczyńców odegrał Departament Skarbu USA a zwłaszcza zastępca sekretarza stanu David Mulford. Wpłaty się jednak opóźniały. Dzięki Mulfordowi operacja prawie się udała: pod koniec grudnia na koncie funduszu leżało 400 mln dolarów, zaś istniały potwierdzenia dalszych kilkuset milionów dostępnych przed 7 stycznia 1990 roku.

27 grudnia Sejm otrzymał 11 projektów. Ustawa antymonopolowa została wycofana jako nie najpilniejsza, rząd chciał zaś uniknąć jakichkolwiek kontrowersji i skupić się na sprawach niezbędnych.
Prezydent Wojciech Jaruzelski podpisał wszystkie ustawy.

"W ostatnich godzinach 1989 roku odczuwałem dużą ulgę, że zdążyliśmy na czas a przy tym wielki niepokój i oczekiwanie jak to zadziała w praktyce.
W sylwestra 1989 roku poszliśmy z żoną na wieczór baletowy do Teatru Wielkiego. Ówczesny dyrektor teatru, Robert Satanowski, wypytywał mnie dokładnie jak to teraz będzie. Sam czekałem na tę odpowiedź!
Noc przed 1 stycznia spędziłem spokojnie."

Następna strona > > >

 


Wirtualia.pl